Wiecie co? Plan, który za każdym razem pojawia się w mojej głowie, jest naprawdę ciekawym pomysłem. Wystarczyłoby tylko wprowadzić go w życie i voilà , sukces murowany. Jednak z realizacją wcale nie jest tak łatwo. Przysiadam jednego dnia do postu , staram się wyjść na fajną i zabawną, a do tego po części w pewien sposób mądrą. Udaje mi się, pierwszy post ukazuje się na nowo co rozpoczętym blogu. I co? I kryzys twórczy, przez kolejny miesiąc. Nie mam pomysłu, siły ani motywacji by cokolwiek napisać. Siadam przy książkach mając nadzieję , że czegoś istotnego się nauczę,a gdy wyciągam z nich głowę, okazuje się , że nie mam już dalszych chęci na robienie czegokolwiek. Dużo śpię, co najmniej 8h dziennie, ćwiczę, ze zdrowym odżywianiem cały czas walczę , starając się wprowadzać go jak najczęściej i od czasu do czasu nawet się z nim zaprzyjaźnić. Nie usprawiedliwiam się przed Wami, jeżeli ktokolwiek czyta te wypociny, że nic tutaj nie ma. Nie przepraszam Was za to. Chcę uświadomić wszystkich tu obecnych, że zaglądam tu tylko wtedy, kiedy mam coś do napisania, nie żadne śmieci, gadka szmatka i te sprawy. Piszę tu istotne rzeczy, nie istotne dla Was , ale bardzo istotne i ważne dla mnie. O czym chciałabym napisać dzisiaj?
Cześć.
Tak jak mówiłam, nie podam tutaj zbędnych informacji na temat kim jestem i bla bla bla. Dzisiaj chciałabym się trochę wygadać. Wiele osób w dzisiejszych czasach używa bloga jako pamiętnik, zapisuje w nim swoje żale i przemyślenia, pod prawdziwym nazwiskiem lub nie. W dużej mierze, uważam, że jest to dobry pomysł. Zwłaszcza, jeżeli tak jak w moim przypadku , nie ma się czasami do kogo odezwać. Właśnie o tym chciałabym tutaj napisać. O ludziach, którzy z każdą sekundą są ode mnie coraz dalej. Odsuwają się po kolei , a relacje między nami walą się jak kostki domino, jedna po drugiej w zaskakująco szybkim tempie. Czy żałuję? Czy myślę? Czy wspominam? Chciałabym móc zaprzeczyć. Chciałabym się zrobić wyrafinowaną suką bez uczuć, zaszyć się w swoim czarno szarym świecie i nie pojawić więcej. Aczkolwiek moja wrażliwość mi na to nie pozwala. Zawsze wszystko przeżywam ze zdwojoną siłą. Ludzie, którzy byli dla mnie cenni dwa lata temu, śnią mi się po nocach. Przyjaciółki , które widuję na ulicy, już nie mówią mi "cześć", A ja bym chciała, chociaż raz , żeby mi powiedziały. Zawsze wiedziałam, czysto teoretycznie, że do spokoju ducha wystarczy przebaczenie. Przebaczyć jednej, drugiej , trzeciej osobie, mamie , tacie itd. Właśnie. Szkoda tylko, że w praktyce kwestia wybaczania w moim przypadku pozostawia wiele do życzenia. Chociaż wiem jakie to uczucie, pogodzić się, przebaczyć,pójść na przód. Udało mi się to raz. W przypadku przyjaciółki z przedszkola. Historia jest za długa, żeby szczegółowo ją opisywać. W bardzo dużym skrócie: była przyjaźń, skończyła się , wiele przykrości , podkładania haków i w końcu punkt kulminacyjny czyli ZGODA. Błogie uczucie, koniec snów, pozyskanie starej kumpelki. I tyle. Ciągle nie mogę przekonać samej siebie, aby z resztą osób zrobić to samo. Widocznie muszą minąć kolejne lata, żebym zdobyła się sama przed sobą na pogodzenie z faktem, że aby ludzie od nas odeszli na dobre i zaprzestali naszego cierpienia, musimy im wybaczyć.
XOXO, matuRzystka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz